"Tak właśnie trzeba zaczynać dzień" - pomyślała Marie wchodząc na podwyższenie wyznaczające kuchnię. Jej mieszkanie nie było duże. Ot, zwykła kawalerka - 32 m² tylko dla siebie. Sama Marie też nie była duża. Dziewczyna chuda,zgrabna, niestety dość niska. Bez partnera, chociaż uważała się za ładną.
Odgarnęła czarny kosmyk za ucho. Zajęła się przygotowaniem tostów. Powolnie, acz z wielką dokładnością przekroiła chleb tostowy. Po krótkim namyśle stwierdziła, że dwa tosty wystarczą. Sięgnęła do lodówki po szynkę, ser i mleko. Drugą ręką wyjęła z szafki kubek. Tak - Marie jest oburęczna, przy czym cechuję się doskonałą podzielnością uwagi.
Dalej wszystko działo się tak, jak każdego poranka. Po przygotowaniu i zjedzeniu posiłku, wzięłaby szybki prysznic, przyszykowałaby się do wyjścia i... wyszła! Jednak zakładanie butów przerwał jej telefon. Numer zastrzeżony, nie znany. Najrozsądniej byłoby nie odbierać. Jednak Marie nie wie czym jest rozsądek. Naciska przycisk z zieloną słuchawką.
- Halo? - pyta pierwsza. W słuchawce cisza. - Halo!
- Silver Rain? To ty? - odezwał się poważny kobiety głos, który przyprawił Marie o dreszcze.
- Nie.. pomyłka. Szuka pani jakiegoś hotelu? Pizzeri?
- Szukam Ambasady Equestrii.
Marie chwile trwała w ciszy, po czym rozłączyła się zbita z tropu.
"Głupie żarty" - pomyślała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz